Jeszcze raz spotkać Jana. Byłem na filmie „Dzień dziecka księdza Jana Kaczkowskiego”
Tytuł bierze się z daty, która w Polsce kojarzy się z balonami i konkursami. 1 czerwca 2012 roku ksiądz Jan Kaczkowski usłyszał diagnozę: glejak mózgu. Dokument Artura Wierzbickiego opowiada tę historię w dużej mierze jego własnym głosem — z nagrań, których wcześniej nie widział nikt spoza rodziny.
Są takie filmy, po których wychodzi się z kina i właściwie od razu można wrócić do swoich spraw. Są też takie, które zostają w głowie trochę dłużej. „Dzień dziecka księdza Jana Kaczkowskiego” zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. Poszedłem na ten film z dużą ciekawością, bo historia księdza Jana jest mi znana od lat, ale dopiero podczas seansu dotarło do mnie, jak wiele rzeczy z jego życia wciąż pozostawało poza tym, co znamy z książek, wywiadów czy telewizyjnych materiałów.
To nie jest kolejny dokument, w którym kilkanaście osób siedzi przed kamerą i opowiada, jaki był bohater filmu. Tutaj ogromną część historii opowiada sam Jan Kaczkowski — przez stare nagrania, prywatne filmy, fotografie, materiały rodzinne i archiwalne wypowiedzi, które przez lata nie były nigdzie publikowane. I to jest w tym filmie najciekawsze, bo momentami naprawdę można mieć wrażenie, że nie ogląda się filmu wspomnieniowego, tylko zagląda do prywatnego archiwum rodziny Kaczkowskich.
Twórcy dotarli do setek materiałów. Są nagrania telewizyjne i radiowe, ale są też rzeczy zupełnie prywatne, wcześniej nieznane szerszej publiczności: rodzinne fotografie, nagrania Jana z różnych okresów życia, zapisy związane z chorobą, materiały pokazujące go jeszcze zanim stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych księży w Polsce. Są również animacje stworzone na podstawie jego dziecięcych rysunków. Dzięki temu oglądamy nie tylko księdza Kaczkowskiego, którego większość ludzi pamięta z wywiadów, charakterystycznych okularów i bezpośredniego języka. Widzimy także Janka — syna, brata, dziecko, młodego człowieka, seminarzystę i wreszcie kogoś, kto musi zmierzyć się z własną śmiertelną chorobą.
Data, od której wszystko się liczy
Zanim wydarzyło się to, co dało filmowi tytuł, Jan Kaczkowski był już człowiekiem z dorobkiem. Święcenia przyjął w 2002 roku, trafił do Pucka i to miasto stało się miejscem najmocniej związanym z jego kapłaństwem. Był wikariuszem, katechetą, kapelanem szpitala i domu pomocy społecznej, ale najbardziej znany jest jako współtwórca i dyrektor puckiego hospicjum. Zajmował się też bioetyką i doktoryzował z teologii moralnej, specjalizując się w problematyce godności człowieka umierającego. Przez lata był blisko osób śmiertelnie chorych, rozmawiał z nimi, towarzyszył rodzinom.
Całą tę historię opowiadamy osobno.
Kim był ksiądz Jan Kaczkowski? Dom rodzinny w Sopocie, seminarium, święcenia, budowa puckiego hospicjum, relacja z Patrykiem Galewskim i dziesięć lat od śmierci. Biogram zweryfikowany przez Fundację im. ks. Jana Kaczkowskiego: Ks. Jan Kaczkowski. Kapłan, który uczył, jak żyć do końca.

I wtedy wydarzyło się coś, co całkowicie odwróciło sytuację.
1 czerwca 2012 roku u Jana Kaczkowskiego wykryto glejaka mózgu. Właśnie od tej daty bierze się tytuł filmu. Dzień kojarzący się z czymś radosnym i lekkim stał się dla niego początkiem zupełnie innego etapu życia. Człowiek, który przez lata towarzyszył umierającym, sam stał się pacjentem z bardzo poważną diagnozą.
W filmie temat choroby jest obecny bardzo mocno, ale nie przykrywa całej historii. I dobrze, bo Jan Kaczkowski nie był przecież tylko „księdzem z rakiem”. Był człowiekiem niezwykle aktywnym, bezpośrednim, czasami ostrym, czasami zabawnym, często mówiącym rzeczy w taki sposób, jakiego w Kościele zwykle się nie słyszy. Potrafił mówić o śmierci bez wielkich słów, a jednocześnie nie udawał, że sam się jej nie boi.
Granica, której reżyser nie przekroczył
Film pokazuje bardzo prywatne fragmenty okresu leczenia. Zachowało się naprawdę dużo dokumentacji, również nagrań związanych z operacją i kolejnymi etapami choroby, a twórcy mieli dostęp do materiałów, które nigdy wcześniej nie były pokazywane publicznie. Nie wykorzystano jednak wszystkiego. Reżyser świadomie zrezygnował z najbardziej drastycznych obrazów, bo uznał, że są granice, których nie powinno się przekraczać tylko po to, żeby film zrobił większe wrażenie.

To moim zdaniem bardzo ważne. W czasach, kiedy wszystko można pokazać, a prywatność często przegrywa z chęcią zrobienia mocnego materiału, tutaj zachowano pewną granicę. Film jest bardzo osobisty, ale nie ma się poczucia, że ktoś wykorzystuje chorobę Kaczkowskiego jako widowisko.
Jeszcze mocniejsze są nagrania, które miały pozostać właściwie tylko w rodzinie. Wśród odnalezionych materiałów znalazły się wypowiedzi Jana skierowane bezpośrednio do najbliższych, w tym jego pożegnanie z rodziną. Niektórych z tych nagrań nie znał wcześniej nawet jego brat Filip. Kiedy ma się świadomość, że ogląda się rzeczy, które przez lata leżały gdzieś w prywatnym archiwum i nigdy nie były przeznaczone do szerokiej publikacji, film zaczyna się odbierać zupełnie inaczej.
To już nie jest klasyczna biografia. Momentami ma się wrażenie, jakby rodzina otworzyła przed widzem pudła ze zdjęciami, stare dyski, telefony, kasety i nagrania, a potem powiedziała: zobaczcie, taki naprawdę był Jan.
Nie pomnik
I chyba właśnie to jest największą wartością tego filmu. Kaczkowski nie zostaje tu przedstawiony jako postać z pomnika. Nie jest idealny, nie jest wygładzony, nie jest pokazany wyłącznie jako bohaterski ksiądz, który stworzył hospicjum i dzielnie znosił chorobę. Widać człowieka z charakterem, wadami, emocjami, strachem, zmęczeniem i poczuciem humoru. Dla mnie to dużo ciekawsze niż kolejny obraz człowieka przedstawionego wyłącznie w jasnych barwach.
Kaczkowski zmarł 28 marca 2016 roku w rodzinnym domu w Sopocie. Miał zaledwie 38 lat. Minęło dziesięć lat od jego śmierci, a mimo to podczas tego filmu bardzo szybko znika poczucie, że oglądamy kogoś, kogo od dawna nie ma. Dzięki ogromnej liczbie archiwalnych nagrań Jan ponownie mówi własnym głosem, żartuje, opowiada, czasem się irytuje, czasem mówi bardzo poważnie. I chyba właśnie dlatego ten dokument działa dużo mocniej niż zwykły film wspomnieniowy.
Po seansie zostałem przede wszystkim z poczuciem, że życie Jana Kaczkowskiego było dużo bardziej złożone, niż można wywnioskować z kilku najbardziej znanych wywiadów czy cytatów krążących po internecie. Był księdzem, był twórcą hospicjum, był bioetykiem, ale był też po prostu człowiekiem, który dostał bardzo trudną diagnozę i musiał nauczyć się żyć ze świadomością, że jego czas może być bardzo krótki.
Może właśnie dlatego jego słowa o życiu, cierpieniu czy śmierci nadal brzmią tak wiarygodnie. Nie mówił o tych rzeczach tylko z książek. Najpierw przez lata był obok ludzi umierających, a potem sam znalazł się po drugiej stronie.
„Dzień dziecka księdza Jana Kaczkowskiego” nie jest więc dla mnie tylko filmem o znanym księdzu. Jest raczej próbą pokazania całego człowieka przez rzeczy, które po nim zostały: zdjęcia, rodzinne filmy, zapisany głos, prywatne nagrania, wspomnienia i fragmenty życia, których wcześniej nie mieliśmy okazji zobaczyć.
I chyba dlatego warto ten film obejrzeć w kinie. Nie dlatego, że znajdziemy tam jakąś wielką sensację. Raczej dlatego, że przez ponad godzinę można zobaczyć Jana trochę bliżej — poza medialnym wizerunkiem i poza tym wszystkim, co przez lata zdążyło już zostać o nim napisane.
Wyszedłem z kina z myślą, że człowiek może odejść, ale potrafi zostawić po sobie znacznie więcej niż nazwisko, książki czy tablicę pamiątkową. W przypadku Jana Kaczkowskiego zostało hospicjum, które nadal działa, ludzie, których spotkał, wiele bardzo mocnych słów, ale też całe prywatne archiwum życia. Dzięki temu filmowi część tego archiwum została po raz pierwszy pokazana szerzej.
I przez te kilkadziesiąt minut Jan Kaczkowski znowu jest bardzo blisko.
Czytaj dalej o księdzu Janie
Jeśli po filmie chcesz wiedzieć więcej niż to, co mieści się w siedemdziesięciu sześciu minutach — całą biografię, powstanie puckiego hospicjum i to, co zostało po nim dziesięć lat później, zebraliśmy w osobnym tekście: Ks. Jan Kaczkowski. Kapłan, który uczył, jak żyć do końca.
Film w skrócie
| Tytuł | „Dzień dziecka księdza Jana Kaczkowskiego” |
| Reżyseria i scenariusz | Artur Wierzbicki |
| Produkcja | Polska, 2026 — Wierzba Film |
| Dystrybucja | TVP Dystrybucja Kinowa |
| Czas trwania | około 76 minut |
| Premiera kinowa | 11 września 2026 |
Źródła
- Fakt„Dzień dziecka księdza Jana Kaczkowskiego”, reż. i scenariusz Artur Wierzbicki, Polska 2026, ok. 76 min; produkcja Wierzba Film, dystrybucja TVP Dystrybucja Kinowa; premiera kinowa 11 września 2026
- FaktData diagnozy i pochodzenie tytułu — podane w filmie
- FaktBiogram ks. Jana Kaczkowskiego zweryfikowany przez Fundację im. ks. Jana Kaczkowskiego, sierpień 2026 — w osobnym tekście portalu
- OpiniaWrażenia z seansu i ocena filmu — opinia autora tekstu
Ten tekst należy do działu kultura — zobacz pozostałe.
Dostawaj to raz w tygodniu
Co ważnego wydarzyło się w Kościele, gdzie warto pojechać i jeden materiał, którego nie publikujemy jeszcze na stronie.
Wyślemy jeden e-mail z prośbą o potwierdzenie — dopiero po kliknięciu w link trafisz na listę. Wypisujesz się jednym kliknięciem w stopce każdego listu. Adresu nie przekazujemy nikomu. Prywatność.
Czytaj dalej
Ks. Jan Kaczkowski — kim był i co po nim zostało
Nie mówił ludziom, że wszystko będzie dobrze. Nie uciekał od raka, śmierci ani pytań, na które nie ma prostych odpowiedzi. Potrafił za to zrobić coś znacznie trudniejszego: zostać przy człowieku. W 2026 roku mija dziesięć lat od jego śmierci.
LudzieCzym jest niebo? Ks. Ricardo Bello Mato po 100 latach
Ma sto lat i siedemdziesiąt jeden lat kapłaństwa. Kiedy ks. Ricardo Bello Mato został zapytany, czym jest niebo, nie zaczął od wykładu ani od obrazu chmur i bram. Powiedział o Bogu, o Jego dzieciach żyjących razem — i o tym, że będzie ich widać.