Przejdź do treści

Dlaczego nie czuję Boga. Kobieta, którą uznano za świętą, nie czuła Go przez pięćdziesiąt lat

Wszyscy dokoła śpiewają z podniesionymi rękami, ktoś mówi o poruszeniu, a Ty stoisz i nie czujesz nic. Katechizm ma na to osobny punkt i — co ważniejsze — rozróżnia dwa zupełnie różne powody, dla których tak bywa.

Redakcja12 sierpnia 20269 min czytania

Sytuacja jest zawsze mniej więcej ta sama. Wieczór uwielbienia albo rekolekcje. Muzyka, półmrok, ludzie z podniesionymi rękami. Ktoś przy mikrofonie mówi o poruszeniu, ktoś inny opowiada, jak poczuł obecność Ducha Świętego.

A Ty stoisz i nie czujesz nic. Ani wzruszenia, ani ciepła, ani niczego, co dałoby się nazwać obecnością. I zaczynasz się zastanawiać, czy coś jest z Tobą nie tak.

Pierwsza rzecz do powiedzenia jest taka: to pytanie ma w Kościele własną nazwę, własne miejsce w Katechizmie i całkiem sporą literaturę. Nie jesteś przypadkiem osobnym.

Katechizm nie mówi „módl się lepiej“

Trudnościom w modlitwie poświęcono w Katechizmie osobny fragment (KKK 2729–2733). Nie ma tam ani jednego zdania w rodzaju „gdybyś bardziej wierzył, tobyś czuł“. Jest za to rozróżnienie, które robi całą różnicę.

Stan, w którym modlitwa nic nie daje, Katechizm nazywa oschłością — i od razu mówi, że dotyczy on zwłaszcza tych, którzy chcą się modlić szczerze:

Jest ona elementem kontemplacji, gdy serce jest wyjałowione, nie znajdując upodobania w myślach, wspomnieniach i uczuciach, nawet duchowych. Jest to chwila czystej wiary, która wiernie trwa przy Jezusie w agonii i w grobie. (KKK 2731)

Zwróćmy uwagę na dwa słowa. „Nawet duchowych“ — czyli brak przyjemności z modlitwy jest tu opisany jako coś normalnego, a nie jako awaria. I „czysta wiara“ — czyli wiara, której nie podtrzymuje już żadne miłe uczucie, jest w tym ujęciu wiarą bardziej, a nie mniej prawdziwą.

Na ludzki język: jeśli modlisz się mimo że nic z tego nie masz, robisz rzecz trudniejszą niż ktoś, kto modli się, bo mu z tym dobrze. Kościół to zauważa i nazywa po imieniu.

Ale są dwa różne rodzaje pustki

Tu Katechizm robi rzecz, którą łatwo przeoczyć, a która jest praktycznie najważniejsza w całym tym punkcie. Zaraz po zdaniu o czystej wierze dodaje:

Jeśli oschłość pochodzi z braku korzeni, gdyż słowo padło na skałę, wówczas walka zależy od nawrócenia. (KKK 2731)

Czyli: to samo doświadczenie może mieć dwa zupełnie różne źródła.

Pierwsze to oczyszczenie — modlitwa przestaje być przyjemna, bo przestaje być o wrażeniach. Drugie to zwyczajny brak fundamentu: wiara nigdy nie zapuściła korzeni, a to, co wydawało się nią, było nastrojem, przyzwyczajeniem albo wpływem otoczenia.

Odpowiedzi na jedno i drugie są różne. Na pierwsze — wytrwać. Na drugie — zacząć od początku, bo nie ma czego podtrzymywać. Kościół nie każe zgadywać, które z dwóch to Twój przypadek; od tego są spowiednik i kierownik duchowy. Ale warto wiedzieć, że pytanie w ogóle istnieje.

Rzecz, którą trzeba powiedzieć osobno

Katechizm wymienia też znużenie i opisuje je jako „rodzaj depresji na skutek porzucenia ascezy“ (KKK 2733). To sformułowanie Ojców duchownych, dotyczące duchowego zniechęcenia — i nie jest to depresja w sensie medycznym.

Rozróżnienie jest ważne, bo pomylenie ich potrafi zrobić realną szkodę. Jeśli obojętność dotyczy tylko modlitwy, a reszta życia działa normalnie, jesteśmy w obszarze, o którym mówi ten artykuł. Jeśli natomiast zniknęła przyjemność ze wszystkiego — z jedzenia, ze snu, ze spotkań, z rzeczy, które kiedyś cieszyły — to nie jest temat na rozmowę z księdzem, tylko na wizytę u lekarza. Piszemy o tym szerzej w haśle co zrobić, gdy straciłem wiarę.

Żaden duchowy opis nie zastępuje diagnozy.

Pięćdziesiąt lat ciemności

I teraz najmocniejszy przypadek, jaki Kościół ma w tej sprawie.

We wrześniu 1997 roku umarła w Kalkucie zakonnica, którą świat już za życia nazywał żywą świętą. Dziesięć lat później ukazały się jej prywatne listy do spowiedników i przełożonych, zebrane przez Briana Kolodiejchuka, postulatora jej procesu — po polsku wydane przez Znak w 2008 roku pod tytułem Pójdź, bądź moim światłem.

Wynika z nich rzecz, której nikt się nie spodziewał. Matka Teresa przez blisko pięćdziesiąt lat nie czuła obecności Boga. Nie chodziło o gorsze tygodnie ani o okresowe zniechęcenie. Chodziło o stan, który sama nazywała ciemnością i który trwał od przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych aż do jej śmierci.

Pisała o tym tylko do spowiedników. Na zewnątrz — uśmiech, praca, dom dla umierających. I prosiła, żeby te listy zniszczyć. Nie zniszczono ich, bo Kościół nakazał zachować pisma kandydatki na ołtarze.

Warto zatrzymać się nad tym, co się potem stało. Ujawnienie listów nie zatrzymało procesu. 4 września 2016 roku papież Franciszek ogłosił ją świętą, a w homilii powiedział, że miłosierdzie było dla niej „światłem, które świeciło w ciemności“. Zdanie brzmi inaczej, gdy się wie, że ciemność nie była figurą stylistyczną.

Innymi słowy: Kościół zobaczył kobietę, która przez pół wieku nie czuła Boga i mimo to codziennie rano wstawała do pracy dla Niego — i uznał to nie za argument przeciw jej świętości, lecz za jej dowód.

Doktor Kościoła, który przeżył to samo

Matka Teresa nie jest przypadkiem odosobnionym, choć najgłośniejszym.

Święta Teresa z Lisieux, francuska karmelitanka zmarła w 1897 roku w wieku dwudziestu czterech lat, przeszła próbę wiary trwającą od 3 kwietnia 1896 roku aż do śmierci — półtora roku. Wiemy to nie z pobożnej legendy, tylko z listu apostolskiego Jana Pawła II Divini amoris scientia, który opisuje to jako „łaskę oczyszczenia, która zanurza ją w długiej i bolesnej ciemnej nocy“.

Ten sam dokument, z 19 października 1997 roku, ogłosił ją doktorem Kościoła — czyli jednym z nauczycieli wiary dla całego świata. Kościół zrobił nauczycielką wiary kogoś, kto ostatnie osiemnaście miesięcy życia spędził w ciemności.

To nie jest przypadek ani przeoczenie. To jest wypowiedź.

Co z tym robić w praktyce

Nie ma tu sztuczki, po której zacznie się coś czuć. Jest natomiast kilka rzeczy, które wynikają wprost z tego, co wyżej.

Przestać traktować uczucia jako pomiar. Modlitwa nie jest urządzeniem, które ma wskazywać wartość. Jeśli czegoś nie czujesz, dowiadujesz się o swoim układzie nerwowym, a nie o tym, czy Bóg jest.

Nie porównywać się z salą. Ludzie na wieczorze uwielbienia reagują różnie i z bardzo różnych powodów — temperament, muzyka, zmęczenie, wiek. Wyraz twarzy sąsiada nie jest miarą jego wiary ani Twojej.

Zostawić stałą porę. Katechizm mówi o wytrwaniu, nie o intensywności. Pięć minut codziennie w oschłości znaczy więcej niż godzina raz na kwartał przy dobrym nastroju.

Sprawdzić, czy to nie jest ciało. Wracamy do tego celowo, bo to najczęściej pomijana możliwość.

Powiedzieć to komuś na głos. Najgorszą częścią tego doświadczenia zwykle nie jest sama pustka, tylko przekonanie, że jest się jedynym, który tak ma — w sali pełnej ludzi najwyraźniej czujących coś innego. Matka Teresa mówiła o tym tylko spowiednikom i przez to niosła to sama przez pięćdziesiąt lat.

Nie musisz robić tego samego.

Źródła

  • Nauczanie KościołaKatechizm Kościoła Katolickiego 2729–2733 — trudności w modlitwie: roztargnienie, oschłość, brak wiary, znużenie
  • Nauczanie KościołaKatechizm Kościoła Katolickiego 2731 — oschłość jako element kontemplacji; osobno oschłość „z braku korzeni"
  • FaktMatka Teresa, „Pójdź, bądź moim światłem. Prywatne pisma Świętej z Kalkuty", oprac. Brian Kolodiejchuk MC — wydanie oryginalne 2007, polskie Znak 2008
  • FaktKanonizacja Matki Teresy z Kalkuty przez papieża Franciszka, 4 września 2016; homilia o miłosierdziu jako „świetle, które świeciło w ciemności"
  • Nauczanie KościołaJan Paweł II, list apostolski „Divini amoris scientia", 19 października 1997 — próba wiary św. Teresy z Lisieux od 3 kwietnia 1896 aż do śmierci; ogłoszenie jej doktorem Kościoła
  • Pismo ŚwięteEwangelia według św. Jana 12,24 oraz Psalm 27,8 — cytowane w KKK 2730–2731