Przejdź do treści

Wracam do kościoła po latach. Od czego zacząć, żeby nie odbić się od progu

Najtrudniejsze nie jest przyjęcie jakiejś doktryny. Najtrudniejsze bywa wejście do środka i świadomość, że nie wiadomo, kiedy się wstaje, a kiedy klęka.

Redakcja9 sierpnia 20266 min czytania

Pewien mężczyzna opowiadał, że przez trzy tygodnie z rzędu podjeżdżał pod kościół w niedzielę rano. Siedział w samochodzie do końca Mszy i wracał do domu. Za czwartym razem wszedł — dziesięć minut po rozpoczęciu, żeby nikt się nie odwrócił.

To nie jest historia wyjątkowa. Ludzie, którzy wracają do Kościoła po dziesięciu czy dwudziestu latach, opisują niemal zawsze ten sam próg: nie spór o dogmaty, tylko wstyd, że nie wiadomo, jak się zachować, i przekonanie, że wszyscy w środku to zauważą.

Nikt nie patrzy

Zacznijmy od faktu, który brzmi banalnie, a zdejmuje najwięcej: w niedzielnym kościele nikt nie prowadzi obserwacji. Ludzie stoją w tym samym miejscu od lat, myślą o obiedzie i o tym, że trzeba zatankować.

Gdyby jednak siedzenie w ostatniej ławce wydawało się zbyt widoczne, jest opcja bezpieczniejsza: przyjść w dzień powszedni. Msza wieczorna w środę trwa około trzydziestu minut, jest kilkanaście osób i nikt nikogo nie taksuje wzrokiem.

Czego nie musisz robić od razu

Największy błąd powracających polega na tym, że próbują odzyskać wszystko naraz: spowiedź z osiemnastu lat, Komunia, różaniec i wieczorny pacierz od poniedziałku. To trwa dwa tygodnie i kończy się poczuciem, że jednak się nie da.

Nie musisz od razu iść do spowiedzi. Możesz być na Mszy i nie przyjmować Komunii — nikt nie ma prawa o to pytać ani nawet tego zauważyć.

Nie musisz umieć odpowiedzi. Wyznanie wiary jest wydrukowane na kartkach w wielu kościołach, a większość ludzi i tak mamrocze co drugie zdanie.

Nie musisz mieć uporządkowanego życia, żeby wejść do środka. Kościół konsekwentnie naucza czegoś odwrotnego: sakrament pokuty istnieje dla tych, u których jest bałagan (KKK 1422–1424).

Co działa

Trzy rzeczy powtarzają się w relacjach osób, którym powrót się udał.

Jedna decyzja, nie dziesięć. Wybierz jedną: niedzielna Msza. Reszta może poczekać pół roku.

Konkretny kościół, a nie „kościół“ w ogóle. Warto poszukać takiego, w którym kazania są znośne, a proboszcz nie krzyczy z ambony o polityce. To nie jest kaprys — od tego zależy, czy wrócisz za tydzień. Zmiana parafii nie jest żadnym wykroczeniem; nie ma obowiązku chodzenia do kościoła najbliższego miejscu zamieszkania.

Ktoś, kogo można zapytać. Niekoniecznie ksiądz. Częściej sprawdza się znajomy, który chodzi i któremu można napisać: „słuchaj, co się robi, jak ksiądz mówi «przekażcie sobie znak pokoju»?“.

Kiedy pójść do spowiedzi

Kiedy przestanie to być wyścigiem z samym sobą — zwykle po kilku tygodniach chodzenia. Wtedy pomaga wybrać kościół zakonny z wyznaczonymi godzinami spowiedzi, gdzie kapłan ma czas i nie spowiada w biegu przed Mszą.

Zdanie otwierające jest proste i wystarczy w zupełności: „Nie byłem u spowiedzi osiemnaście lat“. Resztę poprowadzi spowiednik. To jego praca, a nie twój egzamin.

Jedna scena na koniec

W przypowieści o synu marnotrawnym jest szczegół, który łatwo przeoczyć. Syn układa sobie w drodze przemowę — dokładnie tak, jak układa ją człowiek jadący do kościoła po latach. Ojciec wybiega mu naprzeciw i przerywa w połowie zdania (Łk 15,20).

Cokolwiek myślisz dziś o wierze, to jest obraz, jaki Kościół proponuje na wejście. Nie kontrola dokumentów przy drzwiach.

Źródła

  • Nauczanie KościołaKatechizm Kościoła Katolickiego 1422–1424
  • Pismo ŚwięteEwangelia wg św. Łukasza 15,20