Przejdź do treści

Brat Albert. Powstaniec bez nogi, malarz na szczycie kariery, który zamieszkał w ogrzewalni

W wieku osiemnastu lat stracił nogę w powstaniu styczniowym. Potem został jednym z uznanych malarzy Krakowa. A potem przestał malować i zamieszkał z bezdomnymi w miejskiej ogrzewalni, której nikt inny nie chciał prowadzić.

Redakcja14 sierpnia 20268 min czytania

Adam Chmielowski urodził się 20 sierpnia 1845 roku w Igołomii pod Krakowem. Miał osiemnaście lat, gdy wybuchło powstanie styczniowe, i poszedł walczyć.

Wrócił bez nogi. Amputowano ją bez znieczulenia.

Taki jest początek tej historii i warto go zapamiętać, bo wszystko, co się potem stanie, robi człowiek, który już raz stracił wszystko i wie, ile to kosztuje.

Malarz

Po powstaniu wyjechał na studia — najpierw inżynieria, potem malarstwo w Monachium, w środowisku, z którego wyszła większość polskich malarzy tamtego pokolenia. Wrócił do kraju i zaczął wystawiać.

Nie był malarzem drugiego szeregu. Był rozpoznawalny, ceniony, w sam raz na progu kariery, która mogła trwać trzydzieści lat.

Namalował wtedy obraz, od którego wszystko się zmieniło: Ecce Homo — Chrystusa w koronie cierniowej, pobitego, w czerwonym płaszczu. Malował go latami i wielokrotnie przerabiał. Twarz na tym obrazie nie jest twarzą z ołtarza. Jest twarzą kogoś, kogo się mija na ulicy i odwraca wzrok.

Potem przestał malować

To jest moment, którego nie da się wytłumaczyć w jednym zdaniu i biografowie próbują od stu lat.

W 1887 roku, mając czterdzieści dwa lata, wstąpił do III Zakonu św. Franciszka, przyjął imię Albert, włożył szary habit i zamieszkał w krakowskiej ogrzewalni miejskiej — czyli w miejscu, dokąd zimą zaganiano bezdomnych, żeby nie zamarzli na ulicy.

Warto wiedzieć, czym takie miejsce było. Nie schroniskiem, nie noclegownią z dzisiejszego słownika. Halą, w której na betonie leżeli ludzie chorzy, pijani i umierający, bez opieki, pilnowani przez stróża. Miasto nie miało pomysłu, co z tym zrobić.

Chmielowski poprosił radę miasta, żeby oddała ogrzewalnię jemu.

Co zrobił inaczej

Nie zorganizował instytucji dobroczynnej dla bezdomnych. Zamieszkał z nimi. Jadł to samo, spał tam samo, nie miał osobnego pokoju.

To jest różnica, która brzmi jak szczegół, a jest sednem. Filantropia XIX wieku polegała na tym, że ludzie z jednej klasy społecznej organizowali pomoc ludziom z innej — z zewnątrz i z dystansem. Brat Albert zniósł dystans, bo uznał, że dystans jest częścią problemu.

Założył dwa zgromadzenia: albertynów i albertynki. Powstawały kolejne przytuliska. Zasada była prosta i niewygodna: przyjmować każdego, kto przyjdzie, bez pytania, dlaczego znalazł się na ulicy.

Zmarł 25 grudnia 1916 roku w Krakowie, w wieku siedemdziesięciu jeden lat. W dzień Bożego Narodzenia. Jan Paweł II kanonizował go 12 listopada 1989 roku.

Dlaczego to jest trudna historia

Bo łatwo ją opowiedzieć jako budującą, a ona taka nie jest.

Nie jest historią o tym, że sztuka jest gorsza od dobroczynności. Chmielowski nigdy tego nie twierdził, a jego własny obraz pozostał dla niego ważny do końca. Rzucił malarstwo, bo uznał, że jego droga biegnie gdzie indziej — nie dlatego, że malarstwo jest złe.

Nie jest historią o pogodnym poświęceniu. Praca z ludźmi w skrajnej biedzie, uzależnionymi i umierającymi, wygląda tak, jak wygląda. Nie ma w niej estetyki.

Nie jest historią, którą da się skopiować. Bardzo niewielu ludzi może zamieszkać w noclegowni i byłoby nadużyciem robić z tego wzorca dla wszystkich.

Co z niej zostaje

Zdanie, które przypisuje mu tradycja i które trafiło do polszczyzny: trzeba być dobrym jak chleb. Chleb nie wybiera, komu się dać, i nie pyta o powód głodu.

Zostaje też pytanie, które jego decyzja stawia każdemu, kto czyta o niej z fotela — i jest to pytanie mniej wygodne niż podziw. Nie brzmi ono „czy zrobiłbym to samo“. Brzmi: czy w ogóle widzę tych ludzi, obok których przechodzę w drodze na Mszę.

Bo to jest, w gruncie rzeczy, ta sama różnica, którą Ewangelia stawia w scenie sądu, gdzie kryterium nie jest religijne: „wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili“ (Mt 25,40). Obie strony w tej scenie pytają ze zdziwieniem, kiedy to się stało — bo nikt nie wiedział, że zdaje egzamin.

Brat Albert wiedział. I to jest chyba cała różnica.

Jeśli chcesz zrobić coś dzisiaj

Albertyni i albertynki prowadzą w Polsce schroniska, noclegownie i kuchnie do dziś, w kilkudziesięciu miejscach. Przyjmują wsparcie rzeczowe i pieniężne, ale przede wszystkim potrzebują ludzi do dyżurów — a tego nie da się przelać przelewem.

Warto też wiedzieć rzecz praktyczną, przydatną zimą. Gdy widzisz osobę bezdomną w mrozie, w wielu województwach działa bezpłatna infolinia 987, prowadzona przez wojewódzkie centra zarządzania kryzysowego — dyżurny przyjmuje zgłoszenie i wskazuje najbliższą placówkę z noclegiem.

Uwaga: numer nie działa w każdym województwie i bywa uruchamiany na sezon zimowy. Jeśli nikt nie odbiera albo sytuacja wygląda groźnie — dzwoń pod 112. Zgłoszenie zajmuje minutę i bywa różnicą między jedną nocą a ostatnią.

Źródła

  • FaktAdam Hilary Bernard Chmielowski, ur. 20 sierpnia 1845 w Igołomii, zm. 25 grudnia 1916 w Krakowie
  • FaktUtrata nogi w powstaniu styczniowym (1863), w wieku 18 lat
  • FaktWstąpienie do III Zakonu św. Franciszka, 25 sierpnia 1887; założenie zgromadzeń albertynów i albertynek
  • FaktKanonizacja przez Jana Pawła II, 12 listopada 1989, plac św. Piotra
  • Pismo ŚwięteEwangelia wg św. Mateusza 25,40